Szalony Ikar 

Grzegorz Kupczyk to jeden z najwybitniejszych wokalistów nie tylko polskiego heavy metalu, ale i w historii naszej rodzimej muzyki, nie tylko popularnej. W czasie 
swej, trwającej ponad trzydzieści lat kariery nagrał tyle świetnych płyt, współpracował z tyloma doskonałymi, polskimi i zagranicznymi, zespołami, wykonawcami i 
muzykami, że dla wielu innych ludzi starczyłoby to na całe życie, nawet z nawiązką. Tymczasem on ma wciąż nowe pomysły, plany i projekty. No i głos jak dzwon  
nie dostrzegam w tej chwili w Polsce żadnego poważniejszego konkurenta dla Grzegorza. Także w porównaniu z wieloma, często bardzo znanymi wokalistami ze 
świata wypada bardzo korzystnie, co cieszy jeszcze bardziej. Tak więc w oczekiwaniu na jego kolejne płyty i koncerty zapraszam do przeczytania tej długiej, bardzo 
ciekawej rozmowy.
 
                                         Jesteś fanem Grzegorza Kupczyka ? 
                                         Wiesz o nim wszystko ? 
                                         Myliłeś się,  dowody poniżej:

Wojtek Chamryk: Najlepiej zacząć od początku, tak więc: w różnych wywiadach wielokrotnie wspominałeś o swoich rodzicach. O tym, jaki mieli na ciebie wpływ,   
                          jak cię ukształtowali, zainspirowali. Czy mógłbyś powiedzieć coś więcej na ich temat ?

Grzegorz Kupczyk: Tak, mówiłem już o tym setki razy, ale to miłe wspomnienia. Mama Anna - była aktorką, grała min z Węgrzynem, Woźniakiem (Zagłoba).Była 
piękną kobietą, bardzo utalentowaną. Miała też piękny głos. Co wieczór śpiewała mi tym swoim ciepłym głosem kołysanki do snu i tak prawdopodobnie zaraziła mnie 
miłością do muzyki. W późniejszym czasie zabierała mnie do opery, stawiając głównie na polskich autorów. Uważała, że jeżeli mam poznać operę, to powinienem 
zacząć swoją znajomość z tą dziedziną sztuki od rodzimych kompozytorów. Tato, Czesław -  prowadził orkiestrę i grał na kilku instrumentach. Miał potężny głos, ale 
rzadko śpiewał. Uczył mnie grać na harmonijce ustnej i śpiewać piosenki harcerskie. Był harcmistrzem Rzeczpospolitej - to jeden z najwyższych stopni w tej 
organizacji. Jako ciekawostkę mogę podać, że w czasie trwania II Wojny Światowej był ścigany przez Gestapo właśnie z powodu swojej harcerskiej działalności.

Wojtek Chamryk: Jak sądzisz, czy gdyby twoi rodzice byli innymi ludźmi, o innych zainteresowaniach też miałbyś szansę stać się jednym z najlepszych polskich
                         ( i nie tylko ) wokalistów, czy też zostałbyś przykładowo adwokatem, kierowcą, itp. ?

Grzegorz Kupczyk: Jestem przekonany, że to ich zasługa. Ich postrzeganie sztuki jak i szacunek do niej miały na mnie ogromny wpływ. Myślę, że to także geny.

Wojtek Chamryk: 
Czy już jako dziecko zainteresowałeś się śpiewaniem ?

Grzegorz Kupczyk: Tak, śpiewałem odkąd tylko pamiętam (śmiech).

Wojtek Chamryk: Pamiętasz jeszcze swoje ulubione piosenki z dzieciństwa ?

Grzegorz Kupczyk: Oczywiście: Powrócisz tu - Santor,  Appasionata - Gniatkowski,  Kormorany - Szczepanik, a później prawie wszystko Czerwonych Gitar i 
innych zespołów. Dalej już Niemen i zachodni wykonawcy.

Wojtek Chamryk: 
Jak to się stało, że mając siedem lat wszedłeś na scenę w Międzyzdrojach ? Trafiłeś tam przypadkowo, czy wręcz przeciwnie, przyciągnięty          
                          muzyką niczym magnesem ?

Grzegorz Kupczyk: Czy  przypadkowo to przyznam, że zupełnie nie pamiętam, ale chyba tak, bo biegałem po ośrodku wczasowym i pewnie trafiłem tam na jakąś 
zabawę 
(śmiech).

Wojtek Chamryk: 
Stolica to był całkiem niezły sprzęt, jak na lata sześćdziesiąte. Ile miałeś lat, gdy złapałeś radiowego bakcyla?

Grzegorz Kupczyk: Około pięciu. Wsłuchiwałem się w słuchowiska i audycje radiowe. Potem w muzykę, prezentowaną przez starych, zasłużonych prezenterów. 
Z babcią, Katarzyną Schoebel, bardzo lubiłem słuchać słuchowiska - W Jezioranach.O babci też trzeba wspomnieć. To była  kochana i cudowna kobieta, pełna ciepła,
bardzo opiekuńcza. Czytała mi bajki, przynosiła cukierki i pączki. To ona właśnie kupiła mi za pieniądze odkładane przez rok ze swej renty pierwszy rower.
Boże! Piękne czasy....

Wojtek Chamryk: Ponoć sam zbudowałeś swój pierwszy gramofon? Pomogli ci koledzy, czy korzystałeś ze schematów z  Młodego Technika?

Grzegorz Kupczyk: (Śmiech) Ani tak, ani tak. Zrobiłem go z kartonu po butach, starego pióra i kijka do sprawdzania ciasta.

Wojtek Chamryk: Czego wtedy słuchałeś - Czerwonych Gitar, Skaldów ?

Grzegorz Kupczyk: Oczywiście. W tym czasie usłyszałem i zachwycam się do dziś piosenką Czerwonych Gitar - Wolny wieczór. Na koncercie Skaldów byłem 
właśnie w Międzyzdrojach. Po koncercie mama nie mogła mnie domyć, miałem prawie czarne plamy na udach w przedniej części. Okazało się że to były sińce od 
uderzania dłońmi w nogi do rytmu muzyki 
(śmiech).

Wojtek Chamryk: Pewnie miałeś mnóstwo pocztówek dźwiękowych, tak jak wszyscy w tamtych czasach. Młodzi czytelnicy tego nie wiedzą, ale  mniej więcej do
                         1980 roku te nietypowe płyty były w Polsce bardzo popularne..

Grzegorz Kupczyk:  Setki! Część mam do dzisiaj (uśmiech).

Wojtek ChamrykZ dostępem do oryginalnych, zachodnich płyt był problem. Pominąwszy cenę, nie było gdzie ich kupić, w sklepach ich nie było, poza nielicznymi 
                          licencjami. Pozostawały giełdy, prywatne wymiany czy transakcje, prywatne komisy. Jak zdobywałeś interesujące cię nagrania ?

Grzegorz Kupczyk: Różnie. Częściowo dostarczał mi je kolega, którego ojciec bardzo często bywał poza granicami kraju. Ale też nabywałem właśnie na giełdach 
płytowych, między innymi  w poznańskim Wawrzynku. Wtajemniczeni będą wiedzieć,  o co chodzi 
(śmiech).

Wojtek Chamryk: Miałeś już wtedy magnetofon - dodajmy dla młodszych - szpulowy? 

Grzegorz Kupczyk: Nie. Miałem radio Sonata, które dostałem na gwiazdkę. Był w nim adapter. Potem dostałem pierwszy polski magnetofon kasetowy MK 121, 
dopiero później kupiłem sobie szpulowy, ale i tak miałem  za chwilę  kasetowca MK 122 i MK 125 
(śmiech).

Wojtek Chamryk: Moja pierwsza, oryginalna zachodnia płyta to LP AC/DC -  Fly On Th Wall . Pamiętasz pierwszą swoją? Nie był to na pewno ten album Led
                         Zeppelin z 1979, za który zapłaciłeś krocie tuż po jego premierze, ale jakaś wcześniejsza płyta, prawda?

Grzegorz Kupczyk: To była dwójka Led Zeppelin. Kosztowała 800 złotych! To była 1/3 wypłaty mamy.

Wojtek Chamryk: Czy niejako naturalnie przeszedłeś od słuchania do muzykowania ? Dlaczego wybrałeś akurat gitarę basową, sięgnąłeś po nią świadomie, 
                          przypadkiem, czy z konieczności, bo ktoś musiał na niej grać ?

Grzegorz Kupczyk: Próby odbywały się w świetlicy szkolnej. Mieliśmy sprzęt typu Samba, Lotos, bębny Polmuz (na skórach), 15 watowe wzmacniacze lampowe 
marki TELOS 
(śmiech). Nie miał kto grać na basie. Po jednej z pierwszych prób,  kolega  powiedział - ty będziesz grał na basie bo najlepiej wyglądasz (śmiech).
Miałem bardzo długie i gęste włosy. Bardzo mi się to spodobało i bardzo zaangażowałem się w ten instrument. Później okazało się, że też śpiewam i jakoś tak się z 
czasem złożyło, że zacząłem grać na basie i śpiewać, później gitara, a w końcu sam wokal 
(śmiech).

Wojtek Chamryk: Właśnie, grywasz  też na gitarze akustycznej   rozumiem, że nauczyłeś się na niej grać we wczesnej młodości ?

Grzegorz Kupczyk: Tak, w szkole zawodowej. Każdy z nas chciał grać jak najlepiej. Ćwiczyliśmy godzinami, opracowując solówki z płyt, nie tylko zachodnich 
artystów. Zdzieraliśmy palce do krwi. Aby nauczyć się chwytów barowych przywiązywaliśmy sobie palce dratwą na kilkadziesiąt minut do gryfu gitary 
(śmiech).

Wojtek Chamryk: Podobno w Poznaniu był wtedy tylko jeden sklep z instrumentami muzycznymi. Miałeś już wtedy własny sprzęt, czy też korzystałeś z gitar 
                          wypożyczanych na przykład z domu kultury ?

Grzegorz Kupczyk: Nieee, skądże. To było za drogie. Gitara elektryczna kosztowała wtedy  2300 złotych, tyle moja mama zarabiała na miesiąc. Graliśmy na 
sprzęcie zakupionym przez szkołę.

Wojtek Chamryk: Twój pierwszy zespół powstał w 1972 roku. Czy to była ta grupa wokalna, wzorująca się na Particie ?

Grzegorz Kupczyk: Dokładnie tak (śmiech). Powstał w szkole podstawowej i istniał zaledwie trzy miesiące. Zaśpiewaliśmy na zakończenie roku podczas zabawy
 i na tym się skończyło. Każdy poszedł w swoją stronę.

Wojtek Chamryk: Na początku lat siedemdziesiątych rock święcił triumfy na całym świecie, także w Polsce. Czy to z tego powodu, a także dlatego, że trafiłeś do      
                          szkoły średniej, poznałeś nowych kolegów, poświęciłeś mu się bez reszty ?

Grzegorz Kupczyk: Nie dlatego. To siedziało jakoś we mnie. Nie potrafię tego opisać, to niewyobrażalne uczucie.

Wojtek Chamryk: De Luxe, Wbrew, Quant   co wtedy graliście ? Zachowały się może jakieś amatorskie nagrania tych grup ?

Grzegorz Kupczyk: Głównie pop, pop rock, potem próbowaliśmy hard rock i blues. W pewnym okresie był funk, jazz a nawet soul. Ostatni z tych zespołów 
grał art rocka, teraz szumnie nazywa się to progiem 
(śmiech). Tak, jest parę nagrań, nawet całkiem dobrych.

Wojtek Chamryk: Ten ostatni zespół reprezentował już chyba niezły poziom, skoro ćwiczyliście w poznańskim Pałacu Kultury ?

Grzegorz Kupczyk: Tak. To był już bardzo dobry zespół. Naprawdę extra.

Wojtek Chamryk: Graliście tylko covery, czy też próbowaliście sami coś pisać ? 

Grzegorz Kupczyk: Głównie covery. Próbowaliśmy też swoje rzeczy, ale z różnym, raczej negatywnym -  skutkiem (uśmiech).

Wojtek Chamryk: Można zaryzykować twierdzenie, że to audycje Piotra Kaczkowskiego w tym okresie ukształtowały cię muzycznie ?

Grzegorz Kupczyk: Oczywiście! Te audycje były jak msza. Czekało się na nie cały tydzień.

Wojtek Chamryk:  Pewnie pamiętasz ze szczegółami tę audycję, gdy usłyszałeś po raz pierwszy Davida Coverdale a śpiewającego z Deep Purple ?

Grzegorz Kupczyk: Jasne! To była niedziela. Rodzice poszli do Opery,  a ja słuchałem Trójki. Wtedy to Kaczkowski zrobił swoisty konkurs między Led Zeppelin a 
Deep Purple. Jak usłyszałem  Burn,  Mistreated  czy Schody 
(Stairway To Heaven - red.) to prawie zemdlałem. Nie wiedziałem co się ze mną  dzieje - naprawdę
nie przesadzam ! To było takie uczucie jak bym zaciągnął potężną chmurkę 
 (śmiech).

Wojtek Chamryk: Nagrywałeś takie programy  radiowe w całości, czy też tylko muzykę, a informacje z komentarzy notowałeś ? 

Grzegorz Kupczyk: Tylko muzykę. Informacje wchłaniał mój mózg.

Wojtek Chamryk: Znałem człowieka, mającego dwa magnetofony: na jeden nagrywał tylko muzykę, na drugi zapowiedzi i komentarze 

Grzegorz Kupczyk: Ja tylko muzę (śmiech).

Wojtek Chamryk: Pierwszy zachodni zespół, który widziałeś na żywo to duński, glamowy Dump. Jakoś nigdy nie udało mi się trafić na ich płyty, masz jakieś ?

Grzegorz Kupczyk: Niestety nie 

Wojtek Chamryk: Wielu ludzi wyraża się pogardliwie o zespołach rockowych z byłych krajów socjalistycznych, twierdząc, że to był tylko substytut prawdziwego 
                          rocka, a Polacy słuchali ich, bo nic innego nie było oficjalnie dostępne. Nie zgadzam się z tym, a wręcz twierdzę, że sporo płyt Omegi, Locomotiv 
                          GT, czy Fonograf to klasyka rocka lat siedemdziesiątych. A co ty o tym myślisz ?

Grzegorz Kupczyk: Twierdzenia takich ludzi to wypowiedzi idiotów! Locomotiv GT -  płyta  Ringasd el magad  (LP z 1972 roku-red.) to granie równe Deep Purple.
A Gabor na klawiszach w niektórych momentach gra z ikrą sto razy większą niż Jon Lord w tamtych czasach. Gitarzysta na tej płycie  (
Barta Tamas - red.) to 
mistrzostwo świata! Omega to klasyka sama w sobie. Pozostałe zespoły to też bardzo wysoki poziom, zaró
wno w gatunkach pop jak i country.


Wojtek Chamryk: Polscy wykonawcy też chyba byli dla ciebie ważni: SBB, Breakout, pierwsze płyty Budki Suflera, Czesław Niemen 


Grzegorz Kupczyk: Niemen przede wszystkim. SBB oczywiście, dwie pierwsze płyty i wszystkie wydawane poza krajem, bo późniejsze polskie wydawnictwa SBB 
to dla mnie mędzenie. Breakout rzadko, raczej Test. 

Wojtek Chamryk: 
Czyli ten fantastyczny, niemenowski muzycznie i wokalnie utwór Requiem , znany chyba tylko z kompilacji  Ballady  to nie przypadek, a rodzaj      
                          hołdu dla tego wielkiego muzyka, z którym zresztą mieliście okazję współpracować ?

Grzegorz Kupczyk: Dokładnie (szeroki uśmiech).

Wojtek Chamryk: 
Odnoszę wrażenie, że w okolicach dwudziestki wręcz zachłannie rzucałeś się na każdą możliwość grania, w różnych stylach, składach, z różnymi 
                          ludźmi   Ares, BUM, Kontrast, S.E.J.F., Kredyt 

Grzegorz Kupczyk: Tak. Chłonąłem wszystko co było możliwe. Po latach okazało się, że ten swoisty  poligon  dał mi wielki wachlarz możliwości i doświadczeń.

Wojtek Chamryk: 
W 1978 dokonałeś pierwszych nagrań radiowych w studio PR Poznań. Jak je wspominasz i co wówczas zarejestrowaliście, poza balladą Sen  ?

Grzegorz Kupczyk:  Rozstania i powroty oraz pierwszą wersję  Przemijania , jeszcze jako śmieszną balladkę.

Wojtek Chamryk: 
Skomercjalizowane Elementy Jazzująco Filingujące - skąd ta nazwa i czy rzeczywiście zdarzało się wam grać w tym zespole  z jazzowym              
                          feelingiem ?

Grzegorz Kupczyk: Tak (śmiech). To był zestaw studentów, o wielkich ambicjach i nieco mniejszych możliwościach. Jednak praca wkładana w to, co robiliśmy 
była często doceniana przez jurorów podczas różnych przeglądów.

Wojtek Chamryk: Kredyt to już zespół hard rockowy. Graliście klasycznie, w trio, czy w większym składzie  ?

Grzegorz Kupczyk: W piątkę. Na gitarach własnej roboty. To był świetny zespół. Do tego stopnia dobry, że mieliśmy grać w nagrodę za wygrany konkurs przed 
TSA, ale jakoś to nie wyszło. A później już byliśmy w Turbo 
(śmiech).

Wojtek Chamryk: Zgarnęliście praktycznie wszystkie nagrody na lokalnym przeglądzie, dokonaliście nagrań radiowych (Blues na kredyt , Przemijanie , Wiem ).         
                          Dlaczego nie poszliście za ciosem?

Grzegorz Kupczyk: Wiele zespołów zaczynało wówczas podobnie, a materiał z sesji radiowych trafiał na single, także  na debiutancką płytkę Turbo. To były inne 
czasy. Zresztą, tak jak wcześniej mówiłem, dostaliśmy się (
z gitarzystą, Andrzejem Łysówem - red.) do Turbo, a to było tak, jak byśmy Pana Boga za nogi chwycili 
(śmiech).

Wojtek Chamryk: Czy to, że miałeś już wówczas rodzinę i normalnie pracowałeś było pewnym utrudnieniem ?

Grzegorz Kupczyk: Niestety tak... Wskutek czego zostawiłem rodzinę dla Turbo...



                                                                               
Ciąg dalszy wywiadu na następnej  stronie 










.
Grzegorz Kupczyk
Grzegorz Kupczyk